Strona Sylwestra Scisłowicza
ZAPRASZAM  
  STRONA GŁÓWNA
  Dla seminarzystów-wybrana bibliografia
  Dla seminarzystów- opracowania mogące się przydać
  Dla seminarzystów-narzędzia badawcze i inne pomoce
  Komunikaty
  Wybrane publikacje własne
  Refleksje i inspiracje
  Popularyzacja nauki
  => Aktualne światowe statystyki
  => Fraktale
  => Fizyka - inspirujące filmy
  => Pioruny Bogów - film
  => Tajemnice snu - film
  => Wieści z wody - film
  => Kosmos dla początkujących - film
  => Kosmos - filmy
  => Różne - filmy
  => Lederman L., Teresi D.- Boska Cząstka.
  => Ks. Sedlak Włodzimierz
  => Szukającym gorąco polecam
  Sylwester Scisłowicz
  Linki
  Kontakt
  Księga Gości
  Kufer
Ks. Sedlak Włodzimierz


Ks.prof.dr hab.Włodzimierz Sedlak

 
„ŻYCIE I ŚWIADOMOŚĆ TO TYLKO RÓŻNE FORMY ENERGII“
W koncepcji badawczej Profesora życie i świadomość mają cechy elektromagnetyczne. Prace Profesora wywarły bardzo duży wpływ na rozwój paleontologii, paleofizyki i bioelektroniki. W konsekwencji na niemal wszystkie nauki. Profesor opisał nowy model życia – bioelektryczny – uzupełniający, model biochemiczny, który dotychczas obowiązywał. 
S.S.

Oto homo zwany electronicus

       „Homo electronicus jest człowiekiem nadziei życia, nie defetyzmu umierania. Tylko struktury biologiczne podlegają procesowi umierania i jako masa wracają w chemiczny obieg pierwiastków. Ale on pragnie nieśmiertelności myśli i dzieł, pragnie nieśmiertelnej świadomości. Bioplazma zanurzona startowym krańcem w otchłań pięciu miliardów lat jest dla niego początkiem, który pragnie instynktem plazmowego serca rozciągnąć w trwanie na dalsze pięć miliardów lat. Electronicus pragnie wielki krąg trwania zamknąć w ustawicznej rotacji jego świadomości. Jeśli świadomość jest energią, i to elektromagnetyczną, to indywidualność electronicusa, zamknięta w charakterystykę pasma zachowania energii i pędu, jest nieśmiertelna.”

       Prezentacja jest od dawna przyjętą formą nawiązywania stosunków towarzyskich i wielu innych. Podaje się do wiadomości nazwisko, dawniej "zawołanie", czyli herb, obecnie czasem wysokość konta bankowego, tytuły naukowe, zawodowe, a przy ubieganiu się o pracę czy wstęp na studia - również walory zdrowia i normy psychiczne tudzież moralno-społeczne.

       Wypadałoby więc zaprezentować Homo electronicus, a zwłaszcza jego najistotniejsze podstawy - kwantowe. Ponieważ strona kwantowych odniesień jest podstawą życia nawet w najdalej od mózgu odsuniętej komórce czy drobinie białka, kwantowy fundament Homo electronicus - stanowi istotny czynnik życia w jego najdrobniejszych wymiarach. Prezentacja od tej strony nie jest grzecznościową formą towarzyską, lecz wyjawieniem, czym się w ogóle jest, jeśli już znalazło się w klasie materii ożywionej, która doszła do etapu człowieka.

        Wszystkie wymienione historyczne i współczesne formy prezentacji stają się niedorzeczne w jedynym przypadku - jeśli kwantowe podstawy odmówią sprzężenia procesów elektronicznych z metabolizmem. Wówczas tytuł najwyższy - człowiek - przestaje być adekwatny. Poprawnie należałoby wtedy powiedzieć - były człowiek.

       Electronicus przeprasza za zawód, jeśli wyzna, że jest taki sam, jak wszyscy ludzie; taki sam, lecz jednocześnie odmienny, choć nie różni się ani anatomią i fizjologią, ani histologią i cytologią, ani biochemią. Niestety, jest bardzo niedyskretny, jak nieznośny pasażer statku, który trafił wreszcie do maszynowni, gdzie odstrasza umieszczony przez przyrodę napis: "Wstęp wzbroniony". Zna ten zakaz, widział go w czasopismach popularnonaukowych i fachowych, wbijały mu go do głowy podręczniki akademickie i profesorskie wykłady, uczył się go do egzaminów i ... złamał go, niesubordynowany.

        Nie jest anarchistą z usposobienia, ale skoro największe odkrycia dokonywały się często za cenę nieposłuszeństwa nawet bogom, skoro odkrycie największe - własnego człowieczeństwa - dokonało się w pełni również wskutek nieposłuszeństwa, o czym donosi biblijny przekaz, to po niewielkim wahaniu electronicus zaryzykował wdarcie się tam, gdzie przyroda podobno, a uczeni na pewno umieścili ów napis zakazujący wstępu.

       Nie ulega kwestii, że psychologiczna geneza electronicusa jest wynikiem nieposłuszeństwa wobec najwznioślejszych systemów, naukowych, tym razem biochemicznego schematu w naukach o życiu. Biochemicznemu schematowi życia należało dorobić jedynie elektroniczne podstawy, gdyż mimo wszystko był zawieszony w powietrzu jako system, brakowało mu kwantowego wymiaru, by stanął na empirycznej bazie. Nowe fakty doświadczalne podważyły cały system, wnosząc dane o półprzewodnictwie, piezoelektryczności, nadprzewodnictwie, ferro- i piroelektryczności związków organicznych biologicznie czynnych. Okazało się wtedy, że istnieje szczelina między biochemicznym systemem a empirycznymi podstawami i w rzeczywistości cały system utrzymywał się, choć nieznacznie, lecz przecież zawieszony w powietrzu. Ale to już należy do przeszłości gatunku Homo electronicus.

       A oto rysopis electronicusa. Ciężar w normie, a więc około 70 kilogramów piezoelektryków organicznych i półprzewodników białkowych; nawet zmineralizowany szkielet nie znajduje się w rubryce strat elektronicznych, jest bowiem również piezoelektryczny. Procesy metaboliczne - w normie, jak u Homo sapiens, dysponuje on jednak 4200 metrami kwadratowymi aktywnej elektronicznie powierzchni erytrocytów (przy założeniu, że ma 6 litrów krwi). Krwinki, każda o powierzchni około 140 mikronów kwadratowych, razem zajmują powierzchnię prostokąta o wymiarach 70X60 metrów. Taka powierzchnia przenosi, według biochemików, tlen, w rzeczywistości - transportuje elektrony do najdalszych nawet elementów układu scalonego. Powierzchnia krwinek w stosunku do powierzchni zewnętrznej ciała, wynoszącej , średnio 1,9 metrów kwadratowych, jest więc olbrzymia i czynna elektronicznie, a zasila ją właśnie energia pochodzenia metabolicznego.

       Ponadto electronicus odznacza się zagęszczeniem ładunków na powierzchni zewnętrznej warunkującej jego elektrostazę. W kontakcie z otaczającym go aerozolem elektrycznym wymienia ładunki, zyskując lub tracąc elektrony zależnie od stężenia w aerozolu cząstek o ładunku ujemnym i dodatnim. Podobna sytuacja istnieje podczas kąpieli, woda bowiem, mająca wysoką stałą dielektryczną, powoduje ujemną polaryzację powierzchni ciała, a sama rozpryskuje się w krople o ładunku ujemnym. Ta zewnętrzna klapa elektrycznego bezpieczeństwa wykształciła się w toku filogenezy w płuca, w których wewnętrzna powierzchnia pęcherzyków płucnych wynosi od 30 (przy wydechu) do 100 metrów kwadratowych (przy głębokim wdechu).

       A więc, poza powierzchnią czynną krwinek, dysponuje electronicus powierzchnią co najmniej 100 metrów kwadratowych elektrycznej klapy bezpieczeństwa, czyli możliwości wymiany ładunków z otoczeniem. Ujemne zjonizowanie aerozolu w pewnej proporcji z dodatnim jest korzystne, samo dodatnie może się okazać groźne dla funkcjonowania układu.

       Procesy elektroniczne w białkowych półprzewodnikach nie przebiegają więc przypadkowo wskutek samej obecności półprzewodnika, lecz "wchodzą" w konstrukcję, gdzie funkcjonalne wzajemne przenikanie procesów metabolicznych i elektronicznych w piezoelektrycznych półprzewodnikach jest nie do uniknięcia w wyniku kwantowo-mechanicznych sprzężeń, jakie muszą wówczas powstać. Cała biologiczna masa electronicusa jest przecięta nerwami - bliżej nieokreśloną siecią, kanałów przewodzących impulsy elektryczne. Długość tych przewodów elektrycznych, to znaczy komórek nerwowych bez dendrytów i neurytów, wynosi łącznie około 60 kilometrów.

       Już w roku 1949 Burr i Mauro wykazali, że pobudzony nerw żaby wytwarza pole elektryczne, które przy samym nerwie równa się 550 mikrowoltom, natomiast w odległości 12 milimetrów od nerwu - około I50 mikrowoltom. Należało przypuszczać, że owo zmienne pole elektryczne indukuje pole magnetyczne. W roku 1960 Seipel i Morrow udowodnili jego istnienie. Tak więc zmiennym potencjałom elektrycznym towarzyszą pola elektromagnetyczne przenoszące się wzdłuż aksonów. Penetrowanie półprzewodzącej masy biologicznej polami elektromagnetycznymi zostało dobrze rozwiązane w toku filogenezy - odbywa się poprzez kanały nerwów i sięga najdalszych zakątków organizmu.

       Mózg u electronicusa zaznacza się już na etapie polaryzacji zapłodnionej gamety żeńskiej, która ma dwa bieguny: apikalny i bazalny; w miejscu tego pierwszego wykształcony zostaje później zawiązek przyszłego mózgu. Nie wiadomo jeszcze, na jakiej zasadzie dokonuje się emisja pola elektromagnetycznego przez mózg, na razie zbadano tylko częstotliwości między 0,5-30 herców.

       Wymowne są niesione w każdym przedziale energie dla odpowiedniego kwantu elektromagnetycznego oraz długości fal, na jakich pracuje stacja nadawcza mózgu, poznana w bardzo niewielkim wycinku pasma. Częstotliwość 0,5 herca niesie w jednym kwancie energię równą 1,24x10 do minus 15 potęgi elektronowolta, natomiast długość fali wynosi milion kilometrów, a więc mogłaby ona opasać kulę ziemską 25 razy. Przy częstotliwości 3,5 herców energia kwantu promieniowania wynosi 1,5x10 do minus 14 elektronowolta, a długość fali 8,6 x 10 do 4 potęgi kilometrów. Początek pasma dla fal alfa, o częstotliwości 8 herców, niesie energię jednego kwantu równą 3,3x10 do minus 14 elektronowolta przy długości fali 3,7 x 10 do 4 potęgi kilometrów, górna zaś granica fal alfa, o częstotliwości 13 herców, daje energię kwantu równą 5,4x10 do minus 14 elektronowolta przy długości falc 2,3 x 10 do 4 potęgi kilometrów. Maksymalna częstotliwość fal beta wynosi 30 herców i niesie energię kwantu równą 1,2x10 do minus 15 potęgi elektronowolta przy długości fali około 10 000 kilometrów, czyli równej ćwierci równika ziemskiego.

       Radiację mózgu można rozpatrywać dwojako: jaka lekki dotyk ramion elektromagnetycznych, ramion bardzo słabych, ale ustawicznie przeczesujących przestrzeń. Jeden electronicus winien odebrać od drugiego subtelny sygnał - dotyk głaszczącego ramienia elektromagnetycznego. Przestrzeń między kilkunastoma przedstawicielami gatunku Homo electronicus cechuje się pewną niewielką gęstością energetyczną, mierzoną na 1 metr powierzchni Ziemi, nieznaczną, ale przecież nie zerową, skoro jeden mózg dysponuje mocą rzędu 10 do minus 17 potęgi wata, w znanym nam wycinku pasma.

       Można też spojrzeć na radiację mózgu od strony wyemitowanej energii w całej szerokości pasma, niestety, nie znanego nam jeszcze, dlatego niemożliwe jest obliczenie łącznej mocy emitowanej przez mózg.

       W świetle tego anatom wie tyle o pracy mózgu, co murarz zatrudniony przy budowie stacji nadawczej o elektromagnetyce, a wiedza fizjologa o działaniu mózgu odpowiada znajomości bezpośrednich połączeń telefonicznych u robotnika instalującego kable telefoniczne. W każdym razie electronicus jest ciekawą postacią, choć długo trzymaną pod kloszem fizjologicznych badań i mikrotomowych cięć na plasterki, które miały zdradzić architektonikę komórkową jego mózgu.

       Interesujący musi być behawior mózgu u electronicusa w polu przez niego emitowanym. Brak nam danych na ten temat; działamy zwykle polami o dużej mocy, otrzymywanymi z generatora technicznego, nie znamy zaś minimalnych mocy pochodzenia naturalnego. Czy znowu ma się powtórzyć historia precyzji badań mózgu prowadzonych na podstawie pomysłów pochodzących od elektrotechników i instalatorów urządzeń alarmowych? Tym razem chodzi o coś zupełnie innego: czy mózg jednego Homo electronicus orientuje się w lokalizacji drugiego mózgu na zasadzie radarowego odbicia fali i odbioru informacji tą samą drogą. Na razie nie wiadomo na ten temat nic określonego; wszelkie możliwości nie są wykluczone. Po przeniesieniu telepatii i hipnozy z parapsychologii do bioelektroniki, i po odebraniu posmaku sensacyjności badaniom w tej dziedzinie, będzie można znacznie poszerzyć znajomość ludzkiej natury, a zwłaszcza systemu myślenia. Oczywiście detektor świadomościowy jako mało subtelny należy wykluczyć, w przeciwnym bowiem razie wyniki mogą być mylne.

       Tak by się prezentował Homo electronicus od strony działania podukładu scalonego, nazywanego w gwarze anatomicznej mózgiem. Czy go nigdy nie "boli głowa" w elektromagnetycznym hałasie wytwarzanym przez urządzenia techniczne, które przecież sam zbudował i uruchomił? Przydałaby się osłona, zresztą bodaj Faraday taką wymyślił (lub przynajmniej jemu to przypisano) - jest nią uziemiona siatka miedziana. Ale to nie należy już do charakterystyki electronicusa, a jest raczej sprawą przyszłej, być może profilaktycznej, mody. Oczywiście nie jest dla niego problemem odbiór pozareceptorowy. Filogenetycznie podukład mózgu został podłączony do informacji receptorowej, ale bynajmniej nie stanowi ona jedynego źródła wiadomości. Electronicus wie o naturze środowiska i o swej własnej konstrukcji znacznie więcej, niż mu to mówi jego fizjologia.

        Jeśli nawet jego myślenie można związać z działalnością płatów czołowych, to nie wydaje się, że podukład mózgu pracuje jako skoordynowana całość bez udziału generowanych pól elektromagnetycznych, nawet tych mierzalnych, jak wyżej wspomniano, Podstawa poznawczej zdolności bioukładu, przypisywana świadomości, nie jest wyłącznie zdolnością mózgu, lecz podobnie jak metabolizm stanowi cechę rozlaną w całym układzie. Można jej przypisać elektromagnetyczny charakter, podobnie jak samej myśli. Dosyć to niedorzeczne, że najmniej wiemy o zdolności myślenia, choć gatunkowa różnica między nami a zwierzętami polega na tej właśnie umiejętności.

       Intelektualna strona electronicusa jest rozlana we wszystkim, co stanowi życie, choć lokalizuje ją w mózgu. Jego świadomość jest ogólną właściwością materii biologicznej, przy szczególnym udziale mózgu na obecnym szczeblu filogenetycznego rozwoju. Zresztą umiejętność myślenia narasta od bruzdkującej komórki jajowej poprzez stopniowe wyodrębnianie się układu nerwowego aż do budzenia się rozeznań w życiu postnatalnym. Umiejętność owa tkwi w naturze metabolizującej masy biologicznej i jej elektronicznych możliwościach, sprzężonych z tamtymi.

       Po zapoznaniu się z mózgiem, należy nieco miejsca poświęcić sercu. Homo electronicus nie lubi serca lokować w mięsistym worku rytmicznie bijącym średnio 72 razy na minutę, choć anatomicznie i fizjologicznie niczym się pod tym względem nie różni od "normalnych" ludzi. Patrzy jednak głębiej w naturę swego życiodajnego rytmu odmierzanego sercem. Każde uderzenie serca to rzut nowej fali ładunków elektrycznych, przenoszonych w najdalsze zakątki ustroju na owych 4200 metrach kwadratowych czynnej powierzchni erytrocytów magnetohydrodynamiczną falą tętnic.

       Serce electronicusa jest w jego biologicznej masie wszędzie, a więc w żadnym konkretnym miejscu; serce jego znajduje się tam, gdzie jest życie, gdzie się dokonuje metabolizm, gdzie przebiegają procesy elektroniczne w białkowych półprzewodnikach. Nie ma zakątka w jego organizmie, gdzie nie ma życia, z wyjątkiem starczych siwych włosów i martwiczej, patologicznie zwyrodniałej tkanki. Serce więc znajdować się musi wszędzie poza tym. Uniwersalne serce, nie tylko symbol jego życia, ale i rzeczywisty jego wykładnik, motor i napęd. Naprawdę - wszystko, co najpiękniejsze w życiu, lokuje Homo electronicus w tym uniwersalnym sercu, sprawcy nie tylko jego pulsu powyżej dłoni i w skroniach, lecz rytmu całego życia.

       Zanim przejdziemy do bliższej charakterystyki nie tyle tajemniczego, co raczej niezwykle dynamicznego serca, należałoby zaprezentować pojęcie, które formułowała polska myśl naukowa równolegle z tworzeniem zarysu bioelektroniki, Chodzi o bioplazmę. Przelewa się ona wśród molekularnych struktur półprzewodzących białek, podobnie jak krew w naczyniach, jest bowiem "odmaterializowana" masą biologiczną. Analogia do krwi zjawia się sama. Krew jako ciecz symbolizująca życie - z jednej strony, z drugiej zaś "ciecz elektryczna" plazmy ciała stałego podlegająca tym samym prawom hydrodynamiki, co krew, i ponadto jeszcze prawom elektrodynamiki. Homo electronicus mimowoli czuje przepływ energii, prężność, rozmach. Ale co on w praktyce przez to rozumie? Bioplazma jest "odmaterializowaną" masą biologiczną, a więc zawiera w sobie minimum inercji, czyli bezwładności. Niebywała ilość stopni swobody, znamienna dla plazmy w ogóle, jest warunkiem nie tylko spadku inercji, ale również zapewnienia jej dynamiki. Jest to masa obdarzona ładunkiem i dlatego przelewać się może jak elektrodynamiczna krew w międzymolekularnych przestrzeniach półprzewodnikowego białka. A więc jest to najprawdziwsza plazma ciała stałego, jeśli użyjemy analogii do takiego samego terminu przyjętego w fizyce.

        Zgodnie ze zwyczajem należałoby podać skład morfologiczny tej "plazmowej krwi": są to elektrony, protony, jonorodniki uwalniane jako stany przejściowe reakcji biochemicznych oraz quasi-cząstki - fotony i fonony. Jak już mówiono wcześniej, bioplazma jest ogólnym wyrazem dynamiki życia sprzężonych procesów elektronicznych i metabolicznych. Między procesami metabolicznym i plazmowym istnieją zresztą podobieństwa: anabolizm i katabolizm w przemianie materii dobrze korelują ze stabilizacją i degradacją plazmy i oba wymagają zasilania, by nie ustały. Pozwólmy naszej wyobraźni ujrzeć plazmowe serce jako pompę tłoczącą ciecz elektrodynamiczną złożoną z elektronów, protonów, jonów, fotonów i fononów w molekularnych strukturach białek. Bioplazmowa pompa pracuje, odmierzając w nieustannym rytmie swój dwutakt: anabolizm-katabolizm, stabilizacja-degradacja...

        Plazmowe serce, symbolizowane bioplazmową pompą, nie wymodelowało się w żaden morfologiczny kształt, lecz jest dosłownie energetyczną pulsacją i prawdziwym kwantowym tętnem życia. Życie przebiega więc w ustawicznej euforii stanów wzbudzonych biologicznej masy, czyli w stanie wyższej energii. Statystycznie sięga prawdopodobieństwa znalezienia się w stanie podstawowym, który dla niego równa się śmierci. Życie igra nieustannie z pobliżem śmierci, plazmowa pompa musi więc ustawicznie pracować, by wznosić odmaterializowaną masę do stanu metastabilnego.

        Homo electronicus wie dobrze, że jego kwantowe serce musi pulsować, jak anatomiczne, bez przerwy, ale też wie, że plazmowe serce znajduje się w jego organizmie wszędzie, podobnie jak białko, jak metabolizm, jak procesy elektroniczne. Teraz dopiero rozumiemy znaczenie owych 4200 metrów kwadratowych czynnej powierzchni zatrudnionej w przenoszeniu elektronów w jego morfologicznej krwi przez 25x10 do 12 potęgi krwinek. A zatem Homo electronicus dostrzega w sobie coś w rodzaju dwóch pomp: jedną - mechaniczną i jest to anatomiczne serce znane z atlasów dla studentów medycyny, i drugą - kwantową pompę bioplazmową, różniące się tym, że pierwszą można jeszcze reanimować, natomiast druga, kiedy zerwie sprzężenia kwantowomechaniczne między reakcjami biochemicznymi i procesami bioelektronicznymi, niesie nieodwracalny kres jego egzystencji.

        Homo electronicus, wyposażony w owo podwójne serce, nie jest bynajmniej lirykiem, lecz przeciwnie myśli konkretnie i realistycznie. W pojęcie rytmu życia wkłada niebywałą głębię przekonania, a kiedy mowa o pulsie swych naczyń, widzi jednocześnie tętniącą plazmę rozlaną jako dynamiczna ciecz elektryczna w całym jego jestestwie. Kwantowe serce zawiera w sobie więcej treści niż jednostkowa historia życia.

       Coś kryje się za tym, że tak często i łatwo sięga się do pojęcia bioplazmy w różnych okolicznościach. Nic dziwnego, że stało się pożywką teozofów, nadzieją psychotroników, potwierdzeniem dla parapsychologów, uzasadnieniem aury joginów, rzekomą tożsamością z wyładowaniami koronowymi w polach elektrycznych o wysokiej częstotliwości. Kluczem do rozwiązania zagadki psychiki, energetycznymi ośrodkami akupunktury, nadzieją rolniczych i sadowniczych urobków. Było tematem co najmniej trzech międzynarodowych konferencji i sympozjów (odbyło się już kilkanaście "pierwszych" światowych imprez tego typu). Jednakże nikt nie zadał sobie trudu teoretycznego opracowania podstaw bioplazmy i jej empirycznego uzasadnienia. Zaczęła się inwazja terminu-panaceum na wszystkie niedomówienia i kurtyny przesłaniające każdy układ biologiczny, łącznie z człowiekiem. To nie przejaw głodu sensacji, lecz intuicyjne zapotrzebowanie na syntezę w naukach biologicznych, wyraz lęku przed zagubieniem całościowego obrazu życia wśród informacyjnej sieczki. Nie miejsce tu na wykład, czym jest bioplazma, jak doszło do sformułowania tego pojęcia. Wystarczy stwierdzić, że Homo electronicus jest napędzany bioplazmową pompą, by mógł żyć, rozwijać dynamikę i niezmiernie głęboko pojmować swe istnienie. Zaduma nad kwantowymi wymiarami życia i medytacja nad jego fundamentem jest, jak dotychczas, przywilejem tylko electronicusa. A nie jest on przecież filozofem ani poetą.

        Całą dynamikę wydobył nie z chmur ani słońcem okraszanych obłoków, lecz z siebie. Wystartował do wielkości z własnego wnętrza. Wyprowadzić wielorakość człowieka z nic nie znaczącego biegu elektronów, generowanych fotonów w fononowym wstrząsie białkowych półprzewodników! Obudzić człowieka w mikrowymiarach, podpatrzeć rodzącą się świadomość w kwantowej kolebce, wyzwolić potęgę drzemiącą w tym dziwnym świecie, niewymiernym dla naszych taśm pomiarowych!

        Homo electronicus jest człowiekiem nadziei życia, nie defetyzmu umierania. Tylko struktury biologiczne podlegają procesowi umierania i jako masa wracają w chemiczny obieg pierwiastków. Ale on pragnie nieśmiertelności myśli i dzieł, pragnie nieśmiertelnej świadomości. Bioplazma zanurzona startowym krańcem w otchłań pięciu miliardów lat jest dla niego początkiem, który pragnie instynktem plazmowego serca rozciągnąć w trwanie na dalsze pięć miliardów lat. Electronicus pragnie wielki krąg trwania zamknąć w ustawicznej rotacji jego świadomości. Jeśli świadomość jest energią, i to elektromagnetyczną, to indywidualność electronicusa, zamknięta w charakterystykę pasma zachowania energii i pędu, jest nieśmiertelna.

        Dokonało się może szalone, ale konieczne cięcie przez naturę życia. Śmiałe - według niektórych nawet ryzykowne - cięcie przez człowieka do jego kwantowych podstaw! Osobnicy z gatunku Homo sapiens będą może urządzać wyprawy w poszukiwaniu electronicusa. Potrzebny im będzie wtedy jakiś ogólny przynajmniej kierunek poszukiwań. Najprościej byłoby sobie wyobrazić, że pod powłoką, czyli chmurą psychiczną myśli, znajduje się człowiek fizjologiczny, głębiej biochemiczny i dopiero w samym środku - elektroniczny, o ile w ogóle taki istnieje. Tak się przecież poszukuje np. genów: chwyta muszkę drozofilę, w jej części głowowej znajduje śliniankę, w niej dopiero komórkę, w komórce - jądra, a w nim chromosomy, które ostatecznie zawierają geny. Taka kolejność poszukiwania electronicusa musi zawieść oczekiwania.

         Homo electronicus nie jest poziomem organizacyjnym, a więc nie znajduje się na żądanym pięterku żywego ustroju, rozpatrywanym według administracyjnego podziału, dokonanego przez biologów wraz z psychologami. Jako stan kwantowomechanicznych oddziaływań procesów elektronicznych z metabolizmem w białkowym ośrodku półprzewodników znajduje się wszędzie i nigdzie zarazem, stanowi bowiem to, co Homo sapiens pragnie określić terminem "życie". Przenika więc cały organizm, warunkuje jego czynność, wyraża ogólną energetykę bioukładu, jest przyczyną jego dynamiki i, z niewiadomych powodów, filogenetycznym ciągiem niewygasającego procesu życia tylko raz uruchomionego w czasie miliardów lat jego trwania.

        Nie można więc ustawiać wyobrażeniowego szeregu następująco: Homo electronicus najniżej jako człowiek kwantowego wymiaru złożony z elektronów, fotonów i fononów, potem kolejno człowiek subkomórkowy, komórkowy, histologiczny (jak go przedstawiają atlasy), wreszcie człowiek anatomiczny i, na końcu, psychologiczny szczyt - człowiek myślący, czyli rzeczywisty sapiens.

          Ponieważ kwantowe sprzężenie procesów elektronicznych z metabolizmem w białkowych półprzewodnikach dało punkt startowy pojęciu bioplazmy, można całkiem poprawnie plazmowe serce Homo electronicusa rozciągać na całe jego jestestwo i powiedzieć, że to electronicus jest dynamicznym stanem materii, określanym bioplazmą. Wszystkie inne cechy Homo sapiens, a więc również jego fizjologię i anatomię, nie wyłączając dość wdzięcznej jego postawy, można odnieść do kwantowych rozmiarów i sprzężeń między elektronicznymi i biochemicznymi procesami. Widzimy, że electronicus jest kwestią ustawienia osi współrzędnych i wpisania w nie człowieka. Środek układu współrzędnych czasoprzestrzennych, przechodzący przez kwantowe sprzężenie między procesami bioelektronicznymi i biochemicznymi, daje na krańcu ewolucji - człowieka. Można go nazywać Homo sapiens, Homo electronicus lub człowiek biochemiczny. Nomenklatura wynika z tego, co się pragnie w owym jestestwie uwydatnić.

           No dobrze, ale przecież ten elektroniczny szczątek człowieka wymaga specjalnego gustu, by się nim zachwycać, gdyż redukcjonizm prowadzi tu do całkowitego ogołocenia ze wszystkiego, co ludzkie. A propos redukcjonizmu. Geneza terminu dosyć swoista, a termin wyraża zawsze jakieś stadium poznania, oczywiście bez gwarancji, że jest ono bezbłędne. Redukcjonizm jest nie tyle zubożeniem rzeczywistości, ile redukowaniem mylnego pojęcia u kogoś, kto nie będąc w stanie uchwycić nowego obrazu rzeczywistości, nazywa to redukcjonistycznym zamachem.., na swoje błędne wyobrażenie. Pierwszym redukcjonistą na wielką skalę był Kopernik, po nim Jędrzej Sniadecki i Liebig - odzierający życie z uroku przez sprowadzenie go do reakcji chemicznych, i kolejno Darwin wyprowadzający człowieka od naczelnych, a nie od herosów, wreszcie Morgana, Crick i Watson - zaprzeczający dziedziczeniu błękitnej krwi przodków i sprowadzający wszystko do przekazu genów.

          Wiedza o życiu rozwija się, niestety, tylko za cenę redukcjonizmu, bo w zasadzie powstawała w odwrotnej kolejności, niż się życie na Ziemi tworzyło, dlatego nieubłaganie postępy biologii i antropologii będą się dokonywały za cenę wykarczowania mylnego pojęcia. Electronicus jest jednym z koniecznych ujęć, aby zrozumieć człowieka w kwantowych rozmiarach i funkcjach. I jeśli ten zabieg poznawczy łączy się przy tym z redukowaniem błędnych pojęć o człowieku, to należy przyjąć do wiadomości, że na pewno nie po raz pierwszy i zapewne nie ostatni w nauce o życiu. Electronicus jest więc kolejnym i koniecznym etapem wynikającym z nowej wizji życia.

           Czy nie za dużo programu, a za mało danych dla opisania nowej odmiany człowieka z przydomkiem electronicus? Czy to już rzeczywista odmiana, czy dopiero przewidywana, a może to tylko fantastyka? Zasadniczo fantazji jest zupełnie obojętne, czy jej siłą nośną będzie biochemia czy bioelektronika. Fantazję, podobnie jak i naukę, tworzą ludzie, z tą różnicą, że fantastyka ma wektor "naprzód", nigdy "wstecz". Z tych powodów nigdy nie nazywamy fantastyką błędnych z perspektywy czasu pojęć w nauce, brak im bowiem zasadniczego warunku - wektora "naprzód". Początek prawdy przyrodniczej leży na osi współrzędnych w punkcie uczoności, czyli w środku masy uczonych aktualnie żyjących. Wektor racji, czyli strzałka skierowana pionowo "w górę", wyraża niechybną słuszność sądów. Spojrzenie "w lewo" wskazuje na postęp w stosunku do ciemnoty poprzednich pokoleń, spojrzenie "w prawo" może być wskaźnikiem rodzenia się fantastyki naukowej. Trochę mądrzejsi, a może tylko ostrożniejsi, nazywają ją niekiedy paradygmatem, diabli bowiem wiedzą, co może być prawdą jutro.

         Electronicus jest przynajmniej w mniejszym stopniu zwolennikiem złudzeń niż sapiens. W tym kontekście przymiotnik "sapiens" jest mniej usprawiedliwiony niż "electronicus", lecz trudno widzieć w tym coś światoburczego. Konwencja i zwyczaj mają niebywałą moc. Sapiens jest wprawdzie pełen działania, ale i w nim samym, i w rozpoznaniu jego natury nic się nie dzieje - są tylko badania architektoniki mózgu i jego funkcji, a potem wielki skok ponad próżnią do psychologii. Niewiadome - nazwijmy je czarną skrzynką - istniejące między fizjologią i anatomią mózgu a psychologią stanowią dotychczas swoisty ugór w nauce. Nie wiadomo bowiem, jak się zabrać do uprawy tej połaci. Jest to pole niczyje i neutralny pas dla poprawnej koegzystencji fizjologii z psychologią. Wprawdzie czarna skrzynka na skutek odkrycia elektrycznej czynności mózgu znajduje się pod napięciem, ale to niczego nie zmienia. W każdym razie jest ona pożyteczna, przecież wszystko się w niej może dokonać, czego kto pragnie, zarówno skok ilościowo-jakościowy od zwierzęcia do człowieka, jak i odmaterializowanie postrzeżeń w pojęcia, "wypranie" postrzeżeń ze szczegółów jakościowych i ilościowych w procesie abstrahowania, uruchomienie masy, uszlachetnienie popędów, zmiana behawioru na charakter, generacja woli (lub bardziej nowocześnie procesów decyzyjnych) w obliczu dawnego pożądania, windowanie fizjologii zwierząt do apoteozy człowieczeństwa, przejście od destrukcji życia do nieśmiertelności, od determinizmu biologicznego do odpowiedzialności. W czarnej skrzynce wszystko jest możliwe!

          Electronicus ukazał przede wszystkim genezę czarnej skrzynki - jest ona wynikiem szukania paraleli między życiem i świadomością na najwyższym piętrze ewolucyjnym człowieka. Kierując problem ku swoim kwantowym podstawom, electronicus nie dostrzega miejsca dla czarnej skrzynki, ponieważ rozpatrywana w rozmiarach kwantowych mogłaby ona być oglądana tylko w skali nieoznaczoności Heisenberga, czyli nierozróżnialności między życiem i świadomością. Jest pograniczem kwantowych sprzężeń między procesami elektronicznymi i chemicznymi. Nie jest zresztą wcale czarna, przeciwnie - jest rozświetlona fotonami i ustawicznie wstrząsana akustyczną falą kwantową. Między życiem a poznaniem, ogólniej - świadomością, nie ma różnicy: jest daleko idąca tożsamość, gdyż oba komponenty są energetyczne i to zapewne elektromagnetyczne, a więc "odmaterializowane".

           Psychika stanowi energetyczne kontinuum życia, a poznanie nie różni się w istocie od życia. Czy możliwa jest relatywistyczna biologia, którą nazywamy psychologią, jeszcze nie wiadomo, ale wzrost energetyki układu na skutek przyspieszenia ewolucji nie wydaje się niedorzeczny. Sama natomiast psychika może być traktowana jako akcelerator energetyczny bioukładu i tak się zapewne manifestuje. Problem rozpatrywany w wymiarach kwantowych nabiera cech realności - byłoby to wzmacnianie charakterystyczne dla maserów i laserów (o zjawiskach biolaserowych autor pisał już w roku 1970). Psychika byłaby tedy kwantowym wzmacniaczem bioenergetycznym.

          Niezwykłe i ustawiczne wzrastanie dynamiki człowieka w wyniku odkrycia swej świadomości rozpatrywane od strony energetycznej jest zdarzeniem intrygującym. Wzmacnianie "wiązki" elektromagnetycznej świadomości przez wielokrotne odbicie i koherencję daje, być może, w rezultacie to, co nazywamy refleksją, czyli świadomością świadomości. Z drugiej znów strony możliwy się staje holograficzny zapis pamięci, do którego potrzebny jest zarówno molekularny hologram, czyli matryca przyjmująca elektromagnetyczny lub akustyczny zapis, jak i optyczny odczyt. Ponieważ bioplazma łączy w sobie energię z masą, w każdym razie jest elektrodynamiczną mieszanką cząstek materii i quasi-cząstek (fotony i fonony), być może brałaby udział w holograficznym przekazie informacji w żywym ustroju.

           Ale ten pomysł przyrody musi przejść jeszcze kilkustopniową weryfikację. Przede wszystkim należałoby zbudować laser plazmowy i uruchomić go. Mówiąc inaczej, trzeba zmusić plazmę do koherentnego promieniowania. Trzeba zgodzić się na to, że plazma ciała stałego może być zmuszona do tego procederu i że bioplazma rzeczywiście wykazuje cechy laserującego ośrodka. Całe szczęście, że przyroda nie pyta nikogo o prawo do rozwiązań ani nie potrzebuje kupować licencji dla swych rozstrzygnięć. A może istotnie bioplazmowe serce bijące w dwutakcie nabiera spójności akcji fotonowej? Wszak electronicus jest wyznawcą teorii, że życie jest światłem. Życie i serce są dla jego natury równoznaczne.


          
 
Przyszły świat homo electronicusa

       Choć okazało się, że nie makroskopowe prawa rządzą energią, to ulica unitarnej teorii pola z nieskończonymi wielkościami prowadzi donikąd, wydłużająca się kolumna cząstek elementarnych oddala jakąś syntetyczną wizję; staje się koniecznością poszukiwania nowych dróg dla mechaniki kwantowej.

       Wydawało się, że w, uporczywym drążeniu życia sięgnięto do samego dna i.., rozeszło się życie, bo wprawdzie otrzymany "popiół życia" w pełni odzwierciedlał jego skład i molekularną budowę, "wypadł" jednak z systemu życia. Biologię, a tym samym i życie, podzielono na dobrze rozplanowane piętra organizacyjne, podobnie jak przyzwoity instytut. Później komputer zliczy wyniki, wypośrodkuje i otrzymamy obraz życia... biologii.

        To wszystko musi się oczywiście zmieścić w chemicznym młynie odwracalnych reakcji, o których pisał już Jędrzej Śniadecki w Wilnie w latach 1804-1811, ale mało kto o tym wie, natomiast wszyscy słyszeli, że uczynił to Liebig w 1840 raku. Od tamtej pory minęło półtora wieku, lecz w tym czasie poznano tylko molekularną konfigurację związków organicznych i jej wpływ na ich chemiczne właściwości, rozbudowano podpiętra ze specjalistami, czyli zróżnicowano kompetencje do ingerowania w życie. Wprawdzie gmach biologii wyposażono w liczne kanały informacyjne, choćby telefoniczne, ale nadal do poznawania integracji niebywale zróżnicowanego przez biologów życia służą sposoby chemiczne sprzed półtora wieku i dawna wiedza o przebiegu procesów w komórce nerwowej, z lekka tylko wyretuszowana znajomością zjawisk elektrycznych w chemicznym odcieniu. Podstawy elektrochemii stworzono już na początku XIX wieku przy okazji budowy ogniw i akumulatorów. Czyli mezalians starego z nowym nie stał się punktem wyjścia dogłębnego poznania życia.

      Wszystkie nauki "powywracały się" mniej lub bardziej w ciągu półtora wieku - fizyka, chemia, geologia, geofizyka, geochemia, astronomia, astrofizyka, matematyka nawet nauki humanistyczne - historia, socjologia, filozofia; upadały wielokrotnie kierunki literackie i artystyczne. Tylko w biologii niezmiennie różnicuje się coraz bardziej życie na specjalności, piętra instytutów, kompetencje i niezmiennie trwa ona na starych pozycjach mimo wiary w ewolucję, która stała się naukową solą do posypywania biologicznych zestawów. Inżynier wszechnauk - człowiek - powywracał niemal wszystko, co stworzył, przebudował; powyrzucał starocie albo im przynajmniej nadał nową oprawę w innej skali wielkości mikroświata. Tylko w biologii lęka się cokolwiek naruszyć, panicznie bojąc się zwalenia sobie naukowego dzieła na głowę. Dlatego biologowie, różnicując coraz bardziej życie, mają tylko jedną integrację, która łączy ich wszystkich - bank informacyjny. Ale jest to przedsiębiorstwo do zdeponowania intelektualnych oszczędności, z którymi nie wiadomo czasami, co zrobić, a które kosztują wiele. Łączy nas - biologów - informacja o luźnych faktach, które na zawołanie komputer nam wyrzuci, tylko niezbyt chcą się one połączyć w funkcjonalną całość życia, tak jak wydłużanie katalogu cząstek elementarnych nie prowadzi do wyłonienia się teorii. Bank informacyjny zastąpił nam samą informację o życiu.

       Nie było innej rady. Skoro topimy się w morzu informacji, byłoby nonsensem pogłębiać je o nowe detale przez zwiększanie masy danych połykanych przez komputery. Zostało kwantowe dno życia, nie ruszone jeszcze (brakowało piętra w instytucie). Wbrew wszystkim dezintegrującym obawom należało podjąć tę ostatnią "pulweryzację" życia, znaleźć się u jego kwantowych fundamentów i jednym śmiałym rzutem, na przekór wszystkim "przewidywaczom" katastrofy, skoczyć ponad morze informacyjne, by otworzyć nowy i jedyny kanał informacyjny - podstawowy, bo zrodzony w kwantowych wiązaniach życia, kanał elektromagnetyczny. Ale wtedy w nauce pojawiły się paradygmaty, które formatem swoim na razie nie pasują do głowy uczonych, ale nie jest wykluczone, że w przyszłości wymiary będą się zgadzały. I wreszcie otwiera się science fiction, a właściwie klapa bezpieczeństwa honoru intelektualnego, dopóki ryzykuje się akceptację rzeczy niezbyt zrozumianej w porównaniu z faktycznym stanem wiedzy, czyli podręcznikową bezdyskusyjnością. Na szczęście przejścia między science fiction i science są tak dyskretne, że największy detektyw nie potrafi wykryć, kiedy badacz minie strefę graniczną i znajdzie się w zbawczym rejonie naukowości.

        W podobnej sytuacji znalazły się kiedyś teorie Kopernika, Lavoisiera, Faradaya, Darwina, Maxwella, Einsteina, a także koncepcja najkapitalniejszego odkrywcy meteorytów - Chladniego, któremu Francuska Akademia Nauk odpowiedziała, że nie będzie niedorzecznych spraw rozpatrywała i że lecące z nieba kamienie widocznie w głowę ugodziły pana Chladniego (jak wyraził się jeden ze współczesnych mu uczonych ). W roku 1872 Darwin przepadł podczas głosowania w sekcji zoologicznej Akademii Francuskiej, zyskując na 48 głosów tylko 15. Przy tej okazji pewien wybitny członek Akademii Francuskiej pisał: "To, co zamknęło bramy Akademii przed p. Darwinem, to fakt, że wartość naukowa tych jego książek, na których się głównie opiera jego sława, a mianowicie Powstawania gatunków i w jeszcze większym stopniu Pochodzenia człowieka, nie ma nic wspólnego z nauką, lecz polega na całej masie twierdzeń i absolutnie dowolnych hipotez, często wyraźnie fałszywych. Ten rodzaj publikacji i takie teorie są złym przykładem, który nie może życzliwie usposobić szanującego się Towarzystwa."

        Jeszcze najinteligentniejszy okazał Asię Choffinhal, przewodniczący rewolucyjnego sądu w Paryżu, który na apel wielu uczonych, zwracających się o anulowanie kary śmierci Lavoisierowi, wybitnemu chemikowi, odpowiedział, że Republika nie potrzebuje uczonych. W taki to sposób narodowa brzytwa francuska odcięła Lavoisierowi dostęp do flogistonu, co do którego istnienia zresztą nie był zupełnie przekonany. Czy to jest science fiction?
Może naukowy humor opóźnionych w rozpoznaniu? A może film grozy intelektualnej? Film, którego reżyserem jest życie, film świadczący o mozolnym przebijaniu się człowieka przez zasłonę tajemnicy przyrody; jest w tym nie tyle tragizm, ile raczej coś rzewnego, ponieważ to takie człowiecze.

        Nie ma się czego wstydzić - science fiction jest udziałem nauki. To uniwersalne prawo odkryte przy okazji Homo electronicus. Ten zaś, choć uproszczony pod względem konstrukcji, nie jest wcale zubożony pod względem odbioru informacji i jej rozeznania, przeciwnie - widzi dalej, słyszy w zakresie olbrzymiej skali, wyczuwa z większej odległości, głębiej wnika w naturę. Jego wzrok wędruje nie tylko wzdłuż linii optyki geometrycznej, ale po paraboli przenosi się ponad krzywizną czasu i powierzchni Ziemi. Przestaje być maszyną, nawet elektroniczną. Staje się natomiast detektorem zarówno środowiska, jak i siebie, analizatorem swego zapadliska kwantowej natury, z której dobywa przedziwny świat człowieczego życia. Nie jest więc zwierzęciem, choć płodzi jak ono, trawi identycznie, rozgrzewa się do walki i obrony, jak tamto - hormonami. Nie jest superzwierzęciem wskutek dostawienia hominizacyjnej facjaty do jego zoologii, obojętnie jak nazwanej. Po prostu wydobył podświadomie wnioski z kolapsu w kwantowe dno jestestwa i, nie wiedząc nic o samym procesie, zaczął go eksploatować twórczo od pierwszej wykrzesanej iskry. A przecież w technice elektronicznej stawia naprawdę pierwsze kroki, w porównaniu z drogą, jaką przeszła przyroda w ugniataniu życia w ciągu miliardów lat rozwoju.

         Przeprowadza się już transfuzje krwi, nie jest wykluczone, że stanie się możliwa transfuzja elektronów z organizmu do organizmu oraz "przetaczanie" elektromagnetycznej informacji. Podejmowano już próby w typowy dla biochemicznego schematu sposób: jako przeszczep białka z mózgu szczura poddanego treningowi. Odkrycie molekularnego przekazu informacji nie było zaskoczeniem. Miliardy lat istniejące braterstwo chemiczno-elektroniczne w praktyce życia nie pozwala oddzielać podstaw molekularnych od zjawisk elektronicznych. Zresztą podstawy molekularne - to półprzewodząca masa biologiczna. Będzie zapewne można kiedyś eksperymentalnie pobrać informację tylko elektromagnetyczną, bez molekularnej. Zapewne w naszym makroskopowym języku biologicznym będzie ona nieczytelna, podobnie jak nieczytelna jest kwantowoakustyczna informacja piezoelektryków organicznych i tkanek. Statystyczne dotykanie rzeczywistości tego rozmiaru nie daje wyników pewnych a ponadto dezorientuje nieoznaczoność Heisenberga, gdyż obmacywanie "lewą ręką" nie pokrywa się z faktami odkrytymi "prawą". Nasz analfabetyzm jest tym większy, im bliżej kwantowych podstaw życia. Zresztą, trudne są początki nauki czytania życia, zwłaszcza po przyswojeniu sobie tylko kursu fizjologicznego.

        Obserwacje dowodzą, że konstrukcje osobnicze mniej zintegrowane, czyli z większym polem szumów własnych, wydają się bardziej podatne na odbiór informacji, który nie mieści się w normalnych kanałach. Chodzi tu o telepatię i hipnozę. Wydaje się, że mniej zintegrowany detektor łatwiej odbiera na ogólnym tle szumów własnych minimalne natężenia energetyczne z zewnątrz. Określa się to jako nadwrażliwość, a może jest to tylko inny poziom świadomości. Natomiast z teoretycznych przesłanek wynikałoby, że nadajnik skoordynowany winien silniej oddziaływać na odbiór u innych. Rozpatrując problem z kwantowego stanowiska, znajduje się potwierdzenie tych przesłanek w synchronizacji procesów między oscylatorami o nieliniowej charakterystyce. Czy regenerację mutacji w genach należałoby odnieść do tego samego procesu wyrównania "kodu" genetycznego oscylatora na skutek synchronizacji? A może - rzadko co prawda - spotykana inwolucja guza nowotworowego jest niczym innym, jak zsynchronizowanym włączeniem komórek rakowych w ogólną koordynację tkankową? A jeśli jest to jedyna droga leczenia tragedii ludzkości? Droga wskazana przez samą przyrodę w bardzo dyskretny sposób.

          Nie wiemy, ile razy w życiu każdy z nas przeskakuje "kwantowo" nad własnym grobem właśnie dzięki tej synchronizacji i nowemu włączeniu w informacyjny obieg całego organizmu, ale na pewno zdarza się to często. Brak w odpowiednim momencie owej synchronizacji kończy się tragicznie.

            Samoobrona jest czymś znacznie więcej niż immunologiczną odpornością, którą poznano na biochemicznyrn schemacie. Istnieje jakaś bioelektroniczna zachowawczość podstawowych procesów oraz ich normy w sprzężeniu z metabolizmem. Wyłania się ponętny problem teoretyczny o dużym znaczeniu praktycznym - problem elektromagnetycznej odporności, dzięki której zachowanie integracyjnej indywidualności jest stabilizowane. W obliczu zmiany elektromagnetycznego ekosystemu sprawa ta nabiera pierwszorzędnego znaczenia gdyż nie tylko następuje sztuczne zmobilizowanie organizmu, ale jednocześnie wykrycie przedziału pasma krytycznego dla ustroju, ewentualnie pasma rezonansowego.

          Homo electronicus od razu znalazł się w świecie problemów bardzo istotnych nie tylko dla jego "usposobienia", ale również z powodu praktycznych możliwości. Wiadomo, że bodziec impulsowy łatwiej penetruje organizm niż bodziec ciągły, a fala modulowana działa silniej niż monotonna. Tu kryje się furtka prowadząca w obszar jego energetyki. Fala wysyłana krótkimi impulsami i modulowana powinna się okazać najskuteczniejsza. Zostaje jednak nadal bez odpowiedzi wiele pytań: jej natężenie, częstość impulsu, polaryzacja, stosunek drgań tej fali do drgań własnych układu. Badania w tym kierunku przyniosą, zdaje się, jeszcze wiele niespodzianek. Dotyczyć one będą nie tylko biernego odbioru, ale również modulowania pracy bioelektronicznego układu, ten zaś winien wykazać elektromagnetyczną homeostazę o pewnej tolerancji, nie przekraczalnej ze względów na funkcjonalność układu.

         Przekroczenie biochemicznej bariery i wejście w bioelektronikę stwarza nowy świat odniesień i możliwości. Analizę chemiczną, mówiącą o stanie zdrowia i choroby, zastąpić powinno widmo elektromagnetyczne, dające najbardziej precyzyjną diagnozę, uwzględniającą niuanse niedostępne diagnostyce chemicznej. Krew ludzka (badana w czasie od 6 do 18 minut) wykazuje pierwsze maksimum emisji promieniowania świetlnego w przedziale 460-512 nanometrów, a więc w paśmie niebieskim i zielonym, natomiast w czasie od 27 do 42 minut osiąga drugie maksimum, również w przedziale widzialnym. Nie tylko mięsień sercowy żaby "świeci" w widocznej i ultrafioletowej części widma optycznego ale też zapewne i ludzkie serce. "Świecą" pracujące nerwy, jak również komórki wątroby, szpiku kostnego, mięśni. W to włącza się poważniejszy rytm neuronów, też elektromagnetyczny, o częstotliwości 50-200 herców, i całkiem już rozsądne pulsowanie elektromagnetyczne mózgu, znane niestety tylko w paśmie o szerokości 30 herców. Reszta jest tajemnicą wnętrza ludzkiej głowy.

         Jeśli świadomość jest stanem energetycznym, a nie tylko poznawczym, i jeśli jest ona energią elektromagnetyczną, to Homo electronicus może nią dowolnie manipulować. I tak jest chyba naprawdę. Nie należy doszukiwać się tu analogii do jogizmu. Ten wniosek wynika z elektromagnetycznej konstrukcji życia i z natury świadomości. Otwiera się jakiś niesamowity świat po drugiej stronie biochemicznej barykady, która otaczała nasze pojęcia o życiu, wymierzała jego sens, warunki i powrót w naturalny bieg pierwiastków na Ziemi. Stojąc na stanowisku fizjologii, nazwać to trzeba bioluminescencyjnym szaleństwem, świetlistą utopią, oderwaniem od rzeczywistości...

         Przestrajamy przecież środowisko, pełni dumy i naiwnej nieświadomości biologicznych następstw, a drogą pośrednią odbieramy odbitą od środowiska własną ingerencję. Cóż więc będzie nowego w bezpośrednim strojeniu układu biologicznego przy użyciu minimalnej mocy, lecz a dużych zapewne skutkach? Na razie nie potrafimy posegregować wielorakich skutków biologicznych owej ingerencji, obserwowanych pod postacią chorób cywilizacyjnych o dziwnej etiologii. Czy nie wkroczył już do akcji dezintegrujący czynnik elektromagnetyczny z zewnątrz? Zresztą skutki dosięgły nie tylko koordynacji tkankowej, ale również psychofizycznej i hormonalnej. Szwy konstrukcji człowieka poczynają "puszczać". Fastrygujemy je intensywnie korzystając z rozwoju medycyny i dzięki temu brak nam obiektywnych kryteriów oceny, jak dalekie nastąpiły zmiany w konstrukcji i funkcjach człowieka.

           Powstało zupełnie nowe prawo naczyń połączonych - prawo elektromagnetyczne: w naczyniach zbudowanych z półprzewodników i mających kwantowe sprzężenie procesów chemicznych z elektronicznymi energia może się "przelewać" również elektromagnetycznie. To "przelewanie" dokonuje się zresztą w biologicznym układzie samorzutnie generującym falę, drugi układ zaś ją pochłania lub częściowo odbija. Można więc "odżywiać" układ elektroniczny fotonami. Z doskonałym powodzeniem wykorzystało ten pomysł życie w fotosyntezie, i zresztą nie tylko w niej. A jeśli w przyszłości będziemy zamiast krwi przetaczali wprost życiodajne elektrony z łaskawego dawcy albo z technicznego urządzenia? I tak je przecież pobieramy lub oddajemy, zależnie od stanu zjonizowania środowiska. Elektromagnetyczne lub elektroniczne "dożywianie" to odwieczny proces biologiczny. "Odżywianie" elektroaerozolem jest kwestią równowagi elektrycznej między organizmem a środowiskiem. Trzeba człowieka "dokarmiać" aerozolem o ujemnym ładunku, a ładunek elektryczny chemicznego środowiska jest godniejszym uwagi problemem niż same dymy i zapylenie atmosfery. Bioelektroniczna konstrukcja i normalne funkcjonowanie życia wymagają uwzględnienia elektrycznej charakterystyki środowiska.

          Życie niezaprzeczalnie jawi się jako stan kwantowy w półprzewodzącej masie białkowej. Można by je potraktować jako elektrodynamiczne zjawisko, które przebiega w jakiejś relacji do elektromagnetycznej próżni fizycznej. Elektrodynamika kwantowa przewiduje wpływ prądu elektrycznego lub pól elektromagnetycznych na zmianę charakteru próżni. Drgania zerowe próżni przestają być takimi na skutek wirtualnego powstania cząstek i próżnia ulega polaryzacji, traci swój zerowy stan. Energia próżni przestaje być zerowa, czyli można do tej energii podłączyć sączek i pobrać ją. Między życiem i próżnią wystąpiłby wtedy gradient, a więc stan odpowiedni dla "przelewu" energii.

         W tym miejscu narzucają się dalekie analogie między generowaniem cząstek elementarnych a powstaniem życia. Sądzono początkowo, że cząstki elementarne powstały w historii Ziemi jednorazowo, podobnie jak życie. Dziś umiemy już odczytać powstawanie cząstek jako kwantowy proces oddziaływań z próżnią. Nasze pojęcia o życiu na razie nie uległy zmianie. Niedługo jednak może uda się stwierdzić, że pewne elementy życia powstają i dziś, ale w tak minimalnym czasie zawartym więc obraz życia, które powstawałoby i unicestwiało się ustawicznie, tak jak ustawicznie następuje generacja pary pozyton-negaton i jej anihilacja do fotonu i jak ciągle przebiega metabolizm, w którym procesy anabolizmu nieuchronnie prowadzą do procesów katabolizmu.

          Powstaje interesujący problem: możliwość pompowania energii ze spolaryzowanej próżni do życia. A może istnieje energia "martwa", a więc nie wchodząca w obieg? Jeśli jednak życie jest stanem kwantowym, który oddziałuje z tą energią, to uruchomienie rezerw energetycznych zdeponowanych w próżni nie wydaje się przedsięwzięciem całkowicie nierealnym. Nasuwa się w tym miejscu zagadkowa rola świadomości, a jeszcze bardziej jej natury. Z jednej strony jej stresowe działanie na układ, z drugiej znów - antyentropijne. Czy świadomość - kwantowy stan życia o wszelkich znamionach pola elektromagnetycznego - nie maże być sączkiem filtrującym energię do biologicznego układu? Niestety, zbyt mało znamy stany krótkotrwałe i rolę minimalnych czasów w energetyce życia. Dopiero niedawno odkryto stan metastabilny życia. Jednak niespokojna świadomość pracuje dalej. Czy nie udałoby się wykorzystać nadmiarową produkcję techniczną pól elektromagnetycznych? I, miast uważać je za czynnik destruktywny dla więzi psychologicznej, czynić z nich źródło energii? Odzyskanie energii elektromagnetycznej z tła winno zaoszczędzić pewną ilość związków organicznych traconych na procesy katabolizmu. Nie uda się wyeliminować zupełnie katabolizmu, gdyż uniemożliwia to natura plazmy w ogóle a tym samym i bioplazmy; musi następować jej degradacja, by dokonał się następny akt - jej stabilizacja - odpowiadający anabolizmowi.

          Należałaby więc najpierw albo życie umieścić w fizycznej próżni, pozbawionej pośredników środowiska biologicznego, albo wziąć najelementarniejszą jednostkę życia, a więc życie w "kwantowej skrzynce biegów". Mimo wszystko wydaje się, że jesteśmy dopiero w drodze do odkrywania możliwości, jakimi dysponuje stan materii określany życiem. Ciągle operujemy makroskopowym stanem życia, nawet wtedy, gdy po raz pierwszy usiłujemy zejść w jego kwantowe, denne regiony.

         Coraz stabilniejsza więź psychosomatyczna budzi zadumę nad jutrem życia. W pędzie do własnej wielkości człowiek nie czuje zmęczenia. Ogarnia go ono dopiero wtedy, gdy mu się coś nieokreślonego w radości osadzi, gdy - po zaspokojeniu wszystkich pragnień brak mu czegoś, na co nazwy żadnej nie stworzył.

         Skoro nie można mobilizować biosu do pewnego optimum, pozostaje tylko możliwość racjonalnego mobilizowania świadomości. Czerpie ona owe siły z tej samej puli energetycznej, co życie. Ale wszak świadomość jest punktem honoru i ambicją człowieka. Zmęczenie w niej się właśnie zaczyna - nawet we śnie nie umie człowiek wyciszyć świadomości. Gdyby ją wyciszył... Lęka się, że to uczyni w nim pustkę.

        Wytworzenie świadomości było etapem ewolucji ku hominizacji, zresztą na pewnym odcinku wspólnym ze zwierzętami. Do pewnych granic rozwoju była ona czynnikiem decydującym rzeczywiście o postępie w rozpoznawaniu makroświata materialnego. Kolejny etap hominizacji - to eliminowanie świadomości. Chodzi tu o tak minimalny rozmiar masy i rodzaj energii, że nie uwzględniono jego odbioru w konstrukcji receptorów zmysłowych. Największy zryw intelektualny człowieka zaczął się w chwili, gdy świadomość receptorowa przestała mu wystarczać w kwalifikowaniu rzeczywistości.

         Przekroczyć barierę świadomości jest dla człowieka dużo trudniej, niż oderwać się od ziemskiej grawitacji. Świadomość trzyma człowieka na uwięzi inteligencji. Świat infra- i ultraświadomości jest znacznie bogatszy niż wycinek świadomości opartej na podkładzie receptorów zmysłowych. Energetyczne środowisko życia znajduje się bowiem w tych dwóch krańcach skali, gdzie recepcja nie jest już czymś istotnym. Zamykanie się w sferze doznań i operowanie świadomością tego typu jest odmierzaniem świata w takich proporcjach, w jakich żaba ocenia muszkę.

        Homo electronicus nigdy nie poznałby swej natury, gdyby ją odmierzał tylko świadomością. Ciekawe, że siła świadomości jest tak wielka, iż nawet fizyk-specjalista w zakresie mechaniki kwantowej, który mówi o niestosowalności kryteriów świadomościowych do tej dziedziny, zabierając głos w dyskusji o kwantowych podstawach życia, wychodzi z pozycji świadomości. Zapomina po prostu, że rygory fizyki, które zresztą wymyślił, obowiązują również jego.

       Jeśli Homo electronicus jest tym, czym jest, to nie dzięki świadomości. Ta go właśnie hamowała. Bioelektronika jest zapewne pierwszą próbą wyrwania się z kręgu fizjologii i anatomii bez uciekania się do abstrakcji. Jest cofnięciem się w kwantowy świat życia. Na kwantowej fali nośnej realizuje się integracja i zróżnicowanie wszelkich szczebli i stopni, istnieje czynnik przenikający gradację konsystencji masy biologicznej - fala elektromagnetyczna. W przyszłości elektromagnetyczne strojenie człowieka lub wymiana w nim jego żywych półprzewodników na nowe będę dokonywane jako regenerowanie bazy materiałowej a maże raczej - jako zasilanie ze źródła elektronów, choćby w formie elektroaerozoli (co już stosuje się w terapii); będzie to zwyczajne "tankowanie" organizmu. Przyroda czyniła to od samego początku. Wmontowanie mikroukładów elektronicznych regulujących funkcje organizmu będzie sprawą przyszłej fizyki medycznej.

         Tymczasem, by się przypadkiem nie znaleźć w rozkosznym disneylandzie, należy wspomnieć o ciemnych stronach niedalekiej przyszłości. Na jesieni 1977 roku odbyło się już drugie spotkanie największych ekspertów z 14 najbardziej rozwiniętych technologicznie krajów świata. Komisja rozbrojeniowa ONZ w Genewie została bowiem zaniepokojona możliwościami - a tym samym chyba już dokonanymi próbami - użycia broni falowej, a więc elektromagnetycznej. W przyszłości specjalistom od teletransmisji, biedzącym się nad rozszyfrowaniem informacji zakodowanej na niewinnej pod względem mocy fali, owo rozszyfrowanie ułatwią efekty. Na fali nośnej nadano śmierć! Śmierć rezonansową. Tylko ktoś z ograniczoną wyobraźnią może sądzić, że fala elektromagnetyczna niesie wyłącznie muzykę lub wiadomości.


       

     

Homo cosmicus

  „Ewolucyjna odwaga hominidów, aby dźwignąć mózg w spionizowanej postawie, była największym krokiem rozwojowym życia, którego wagi nie uświadomił sobie nawet człowiek współczesny - spadkobierca tego osiągnięcia. To było ułożenie osi własnego ciała, a więc wszelkiej jego anizotropii, równolegle do energetycznej osi Wszechświata. Ów genialny, choć nieświadomy, krok włączył naturę człowieka w energetykę Wszechświata.”

      Działalność człowieka ogarniająca promień od jądra Ziemi do przestrzeni międzygalaktycznych czyni z niego najprawdziwszego Obywatela Wszechświata z czasowym pobytem na Ziemi. On jeden uzyskał przywilej wiedzy o tym i prawo wejścia w nieuświadomiony świat zdarzeń, którym podlega jako układ bioelektroniczny.

       Lecz wyobraźmy sobie Ziemię oglądaną z innego układu odniesienia i przez innego Homo electronicusa, kierującego się ku naszej planecie. Jego wrażenia? Magnetosfera... Planeta otoczona plazmą jonosferyczną, a ta wyraźnie burzy się. Wstrząsa nią szok niepokoju, wystrzelają fale elektromagnetyczne, których dawniej nie było. Wygląda to tak, jakby coś ustawicznie w jonosferę uderzało od spodu, jakby się coś z niej wydobyć pragnęło, a nie mogąc, tylko wstrząsało jej masą. Patrząc na niepokój jonosfery, ów electronicus wyraźnie dostrzega, że perturbacja przesuwa się tak, jak na powierzchni wody przesuwa się ślad płynącej głębiej ryby. Nie widzi, ale odbiera ruch płynącej istoty w plazmie. Co więcej - słyszy, jak plazma jęczy, jak roznosi się w niej pogłos dalekiego grzmotu. Czuje spaleniznę w jonosferze, dawniej czystej, i odbiera to jako zakłócenia pracy elektronicznego serca. Czy Ziemia gorzeje?

       Chemiczne, akustyczne i elektromagnetyczne zanieczyszczenie jonosferycznej plazmy nie jest urojeniem. Jego skutki, tak dramatycznie odczuwane przez hipotetycznego Homo electronicusa, znajdującego się po drugiej stronie jonosferycznego klosza, są coraz bardziej czytelną konsekwencją człowieczych przedsięwzięć. Tu, na Ziemi, znawcy wyposażeni tylko w czujnik świadomości odbierają je pod inną, oczywiście, postacią: wzrostu ilości chorób cywilizacyjnych (choć nadal brak odpowiedzi na pytanie, co to jest cywilizacja i w którym miejscu kończy się technika, a zaczyna biologiczna degradacja ludzkiego życia).

       Tu, pod jonosferycznym plazmowym kloszem, inżynierkuje Homo sapiens, twórca i odbiorca cywilizacji technicznej, opartej głównie na elektronice. To przecież on nadawczymi stacjami bodzie elektromagnetycznie jonosferę, zapyla chemicznie spalinami z dysz odrzutowców i rozsiewanym sodem lub metalicznym barem, badając kierunek wiatrów w wysokiej atmosferze. To przecież on produkuje decybele, awanturuje się pracą odrzutowych silników, pojazdów kosmicznych, satelitarnych stacji przekaźnikowych. To przecież on posiekał przestrzeń życia siatką elektromagnetycznych pól o oczkach rozmaitej wielkości. Ponieważ jego czujnikiem jest tylko świadomość, nie wie jeszcze, co uczynił. Każdą maszynę zbudowaną przez siebie zaopatrzył w najsubtelniejsze urządzenie kontrolujące jej bieg i sygnalizujące zbliżającą się awarię, natomiast obracając całym światem włączył tylko "nos świadomości", który ma go informować o sprawnym działaniu planetarnego mechanizmu.

        Nie można się temu dziwić, gdyż prawa fizjologicznej grawitacji zadecydowały o psychofizycznym przeznaczeniu człowieka. Zupełnie nie zdaje on sobie sprawy z tego, że tkwi na energetycznym promieniu Wszechświata. Dopiero w stanach zaburzonej koordynacji organizmu zaczyna uświadamiać sobie własne położenie na tym kosmicznym promieniu. W stanie idealnej równowagi między geofizycznym środowiskiem a organizmem brak mu właśnie świadomości - jest wtedy wyłącznie radość dobrego samopoczucia. Jest zwykłe życie. Homo – nie dlatego stał się cosmicus, że potrafi teleskopem przeniknąć odległość miliarda lat świetlnych, rozpoznać z takiej odległości spektralnie chemiczny skład materii lub przerzucić swą biologiczną masę poza barierę grawitacji ziemskiej. O jego kosmicznym charakterze stanowi umieszczenie się na energetycznej osi Wszechświata i ogromna precyzja odbioru każdego, nawet minimalnego, odchylenia od normy na nieuświadomionej, lecz podstawowej skali reakcji bioelektronicznego układu. Być dzieckiem Wszechświata - to konieczność nieopuszczania energetycznej osi. Jeśli do głosu dojdzie świadomość, będzie to niepokojący sygnał biologiczny. Najkorzystniejszy jest brak świadomości funkcjonowania organizmu. Świadomość w tej dziedzinie dowodzi początków choroby.

       Wydaje się, że przesądy są przywilejem przeszłości i w prostej linii pochodną ciemnoty. Dziś zostały wykluczone - zbyt wysoko postawiono wiedzę, choć pod tym względem każde pokolenie było jednakowo mądre i głupie zarazem. Kiedyś uginano czoła przed nie znanymi siłami planet wyznaczającymi bieg ludzkiego życia. Kiedyś - to znaczy na początku rozpędu nowoczesnej nauki, po wielkim humanistycznym zrywie XVI wieku. Pad względem zależności od planet mądrość człowieka nie posunęła się naprzód od czasów starożytności i średniowiecza. Czy naprawdę? Tak, bo wprawdzie pojedynczy człowiek i jego los już wyzwolił się spod przeklętej władzy planet, to dla odmiany cała Ziemia znalazła się w jarzmie bynajmniej nie przesądów, lecz najnowszej kosmofizyki.

         Groźba zawisła nad trzema milionami mieszkańców San Francisco. Czasopismo "La Nauvell Observateur" w roku 1977 dało artykułowi rozpatrującemu ten problem znamienny tytuł: Czy San Francisco dotrwa do roku 1983? W 1982 roku wystąpi szczególna konfiguracja czterech największych planet Układu Słonecznego: Jowisza, Saturna, Uranu i Neptuna – ustawią się one prawie dokładnie na linii prostej i stan ten będzie trwał kilka miesięcy. Zbiegnie się on z maksimum jedenastoletniego cyklu plam na Słońcu i poważniejszymi zaburzeniami skorupy ziemskiej. Niebezpieczny szczególnie jest uskok San Andreas w Kalifarnii, dlatego zadano pytanie o losy San Francisco.

          Dziwne, że sekwoje kalifornijskie reagują na jedenastoletni cykl plam słonecznych zmianą słojów. Uskok San Andreas również " wyczuwa" sytuację, gdyż zmienia się w jego obrębie pole geomagnetyczne, tylko Homo zoologicus nie odczuwa wpływu na siebie, ponieważ nie posiada magnetycznego zmysłu, a w kryteriach biochemicznych, stanowiących klucz jego życia, brak rubryki "zmiana reakcji chemicznych w słabym polu magnetycznym". Homo electronicus natomiast, całą swą bioelektroniczną konstrukcją umieszczony na energetycznej osi Wszechświata, nie może nie reagować na zmianę pól geomagnetycznych i geoelektrycznych.

        Homo stał się cosmicus nie dzięki możliwości orbitowania wokół statku kosmicznego. On po prostu ujął korbę Wszechświata i zaczyna kręcić, poczynając ad własnej planety. Ku jego własnemu zdziwieniu "podłoga", na której stoi, zaczyna się przesuwać, więc mu się - mówiąc ogólnie - coraz bardziej kręci w głowie; narzeka na brak równowagi, na "odklejanie się" psychiki od biosu (a może na odwrót), poczyna się skarżyć na nieswoiste objawy niemożliwej do zaklasyfikowania jednostki chorobowej, bo przecież odbiega od normy.

        Naprawdę nie ma przesady w stwierdzeniu, że "kręci" planetą. Przenosi bowiem tryliardy ton masy ziemskiej, tworzy gigantyczne agregacje w kolosach nowoczesnych miast, gromadzi olbrzymie masy wód, a jednocześnie zakłóca statykę Ziemi usuwając z innych miejsc tryliardy ton ropy, węgla, rudy, kamienia, piasku. A przecież naturalna geodynamika nie jest jeszcze ustabilizowana i daje o tym znać dreszczem trzęsienia ziemi, zapalnymi centrami wulkanizmu, nie zakończanymi procesami górotwórczymi. Ziemia – to niespokojny twór szukający dopiero równowagi. Spojenie łonowe Ziemi wynosi ponad 60 000 kilometrów i biegnie dnem oceanów poprzez Atlantyk, Pacyfik i Ocean Indyjski, Jest to strefa wyjątkowo niespokojna tektonicznie i sejsmicznie, zapewne w przyszłości teren wielu geofizycznych niespodzianek. Ingerencja człowieka w mechanikę i dynamikę ziemskiej bryły obrotowej nie jest czynnością eksploatatora, lecz próbą partnerstwa w geofizycznym układzie sił. Pretensjonalna nazwa Homo sapiens jest słuszna wyłącznie w zoologii, natomiast z punktu widzenia geofizyki może się okazać fatalną pomyłką.

        Najgroźniejszy jest brak rozpoznania, gdzie się znajduje punkt krytyczny, za którym zaczynają działać wyzwolone przez człowieka siły, sterowane już tylko przypadkiem. Sejsmologia dowodzi że Ziemia posiada swój "system nerwowy", bardzo wrażliwy, i że jej wytrzymałość jest ograniczona. Obieg energii stanowi w naszej planecie względnie zamknięty system, którego równowaga kształtowała się w ciągu miliardów lat ewolucji Wszechświata. Poza mechanicznymi i kinematycznymi działają tu bliżej nie zorane procesy geochemicznego zróżnicowania na strefy wyraźnie określone inną prędkością fali sejsmicznej. Oprócz świata geomorfologicznego, podziwianego w turystyce jako krajobraz, istnieje świat prądów tellurycznych o wcale wysokim natężeniu, bo setek tysięcy amperów na głębokości czasami 80 kilometrów.

        O rzeczywistej energetycznej mapie Ziemi nie mamy żadnego wyobrażenia. Trzeba by nałożyć wiele profilów energetycznych na siebie i dokonać ich łącznego "przekroju". Należałoby sporządzić mapę naprężeń dynamomechanicznych, zaburzonych eksploatatorskimi poczynaniami człowieka. Mapa prądów morskich znana z atlasów geofizycznych ma drugie oblicze to prądy elektryczne roztworu elektrolitów w polu geomagnetycznym, prądy zresztą mierzone dla badań zasolenia. Mapa geomagnetyczna natężeń składowych: pionowej i poziomej - jest również znana. Wymienione prądy telluryczne w litosferze i dnie oceanów układają się w kolejny wykres. Jeszcze dalsze - to cyrkulacja naładowanych chmur w atmosferze, generowane procesy elektromagnetyczne, tak zwane atmosferyki, prądy elektryczne o poziomym i pionowym zróżnicowaniu w jonosferze, o miąższości około 2000 kilometrów. To wszystko w oprawie magnetosfery okołoziemskiej.

           W takiej siatce energetycznej człowiek zaczyna przegrupowywać gigantyczne układy mas grawitacyjnych, zmienia konfigurację prądów tellurycznych własnymi instalacjami elektrycznymi oraz ich skupiskami, użyciem żelbetowych konstrukcji modyfikuje zagęszczenie pola geomagnetycznego, akustycznie i elektromagnetycznie zmienia prądy jonosferyczne. Człowiek ingeruje w energetykę planety w sposób oczywisty. Jest ponadto na dobrej drodze ku dalszemu postępowi, wyzwalając sztuczne trzęsienia ziemi. Uruchamia energię gwiazd i Słońca w termonuklearnych wybuchach, nie panując jeszcze całkowicie nad ich przebiegiem. Według danych SIPRI w latach 1945-1976 przeprowadzono na świecie 1081 eksplozji nuklearnych: USA - 614, ZSRR - 354, Francja 64, Wielka Brytania - 27, Chiny - 8, Indie - 1. Koniecznością staje się ostrzeżenie: "Nie drażnić Ziemi.”

          Człowiek dopiero w rozrachunku energetycznym z Ziemią nabiera właściwej mocy. Trudno bowiem dzieła jego sztuki i nauki konfrontować z Planetą. Jeśli możemy mówić o dynamice życia, to jedynie w kategoriach energii i dyspozycyjnych sił. W dodatku człowiek znajduje się dopiero na początku rozwoju swych możliwości. Mit o Prometeuszu porywającym bogom ogień doskonale charakteryzuje tendencje rozwojowe człowieka, jak się okazuje, weryfikujące się w toku jego rozwoju, choćby trwał on tysiące lat. Wszystkie sapiensy utrzymują, że ich wyjątkowy rozum dokonuje przedziwnego odwrócenia geofizycznego porządku; i nagle znalazły się przed groźbą katastrofy geofizycznej. Czy sapiens jest tylko zwierzęciem dysponującym mózgiem lub - czym jest rozum? W obu wypadkach brak odpowiedzi i nawet jeśli uznamy istnienie biopsychicznej "sklejki", pytanie nadal pozostanie bez odpowiedzi.

          Jak orientuje się człowiek - o sercu emitującym pulsujące pole magnetyczne milion razy słabsze od geomagnetycznego i o mózgu również emitującym zmienne pole magnetyczne aż sto milionów razy słabsze od ziemskiego - w tym wielkim układzie sił przyrody? Człowiek - magnetyczna mimoza - orientujący się właśnie mózgiem i sercem w przestrzeni życia jak żywy elektroniczny układ scalony, stanowi najdelikatniejsze urządzenie, któremu przyroda poskąpiła receptora magnetycznego dla świadomego odbioru. Przeciwnicy odbioru pozazmysłowego orzekają z całą pewnością, że nic podobnego istnieć nie może, ponieważ wiedzieliby o tym na pewno. Gdybyż można było mieć pewność niepewności...

       A może magnetyczne serce i magnetyczny mózg Homo electronicusa pozwolą wyjaśnić niebywale ciekawe zjawisko migracji kultur i wielkich ognisk intelektualnych na mapie świata? Nie tylko kontynenty dryfują na zachód; podobnie przemieszcza się pole geomagnetyczne, zmieniające się w rytmie 500-600 lat. Zjawisko to zauważył już Halley w 1692 roku. Zbyt mało mamy danych, aby wyznaczyć kierunek dryfu prądów tellurycznych. Ponieważ zjawisko indukcji elektromagnetycznej obowiązuje również w geofizyce, należy sądzić, że dryf prądów tellurycznych ma tenże kierunek zachodni. Kiedy obie "podłogi", magnetyczna i elektryczna, przesuwają się pod stopami człowieka, on jako populacja nie może pozostać nieruchomy, gdyż zmieniają się warunki środowiska, które najbardziej wpływają na elektromagnetyczną konstrukcję jego serca i mózgu.

        Wielkie ogniska kulturowe i intelektualne powinny więc dryfować jak wszystko, co zależy od geofizycznych warunków. Dlatego i nagła "eksplozja" wybitnych umysłowości nie musu być losowym wynikiem obrotów molekularnego bębna, ale wypadkową wielu czynników. Znajomość fizyki u etnografów, historyków kultury, w ogóle u wszystkich humanistów - może dać niespodziewane wyniki. Antropologia stanie się nieodłączna od geofizyki, a humanistyki nie będzie można oddzielić od planetarnego tła. Można i od innej strony spojrzeć na problem owego dryfu. Paleontologia przyjmuje, że wymieranie wielkich jednostek systematycznych w świecie roślin i zwierząt nastąpiło na skutek zmian pola geomagnetycznego. Czy cmentarze wielkich kultur nie znaczą na kuli ziemskiej zmian pola geomagnetycznego i geoelektrycznego? Homo electronicus może się okazać wcale przydatnym narzędziem w rozwiązaniu globalnych zagadek antropologicznych.

       Na tych najwyższych kondygnacjach natury ludzkiej trwają spory i próby zrozumienia historii notowanej od dwudziestu siedmiu wieków, jeśli filozofię grecką przyjmiemy za początek, a od pięćdziesięciu wieków - jeśli za punkt wyjścia przyjmiemy powstanie systemów filozoficzno-wierzeniowych; prawdopodobnie dyskusje te mogą trwać w przyszłości tyle samo wieków. Homo electronicus próbuje nowego startu, takiego jak start życia i jego energetyki. Życie w trakcie ewolucji też nabierało rozpędu, co wykres przedstawiłby jako krzywą gwałtownie u góry wygiętą w kierunku człowieka.

       Dynamika życia jest porównywalna jedynie na płaszczyźnie energetyki. Dzieła człowieka są przeliczalne na ergi i dżule, właśnie przebudowa geosfery może być miernikiem potencjału życia, którym dysponuje człowiek, niezależnie od tego, czy nazwiemy ten potencjał myśleniem, wolą czy działaniem rąk.

       Wydaje się, że electronicus jest dobrze wkomponowany w energetykę Wszechświata na innym jeszcze pionie prawidłowości przyrody. Mówi się o geoplazmie kursującej nie tylko w jądrze Ziemi, ale również w krystalicznych strukturach glinokrzemianowych płaszcza i skorupy ziemskiej (Sedlak, 1964). Pojęcie plazmy stosuje się też do równowagi dysocjowanych jonów w roztworach wodnych, co w przybliżeniu może być odniesione do oceanów` światowych. Wreszcie istnieje najprawdziwsza warstwa plazmy jonosferycznej i dalej - magnetosfera ziemska, i jeszcze dalej - planetarne układy plazmowe łącznie ze Słońcem, na dalekich zaś krańcach - plazma gwiazd i galaktyk. Na wielkim promieniu energetycznym Wszechświata tkwi człowiek - szczególny element, lecz również plazmowy, według najnowszych pojęć bioelektroniki. Wydaje się, że umieszczenie człowieka w plazmowym pionie energetycznym Wszechświata charakteryzuje jego dynamikę lepiej niż chemiczne interpretowanie więzi psychosomatycznej. Jego ekspansja jest ostatecznym wyrazem ewolucji bioplazmy. Niemniej jednak wydaje się, że badania nad dynamiką bioplazmy nie tylko przyniosą serię obiecujących wyników, ale i rozszerzą twórcze możliwości człowieka, rozpatrywane w aspekcie dynamiki plazmowej.

        Coś tutaj się nie zgadza, choć nie wiadomo, gdzie tkwi błąd. Należy przypuszczać, że nie w przyrodzie. Ona jest nieomylna w rozwiązywaniu swoich spraw. Więc może sapiens coś pokręcił? Chyba też nie. Wszechświat stoi przed mocno kontrowersyjnym, w naszym rozumieniu, problemem termodynamicznej śmierci.

       Samoobrona życia przed termodynamicznym przeznaczeniem - entropią - nie od dziś zastanawia biologów i fizyków. Utrzymanie w ciągu miliardów lat strumienia życia na Ziemi w zwycięskiej walce z entropią jest termodynamiczną epopeją rozgrywaną w niezbyt wiadomy nam sposób, ale zapewne dosyć prosto, choć skutecznie. W jakimś krytycznym stanie życia jedna komórka dzieli się na dwie nowe, jak u bakterii, lub dwie komórki biorą udział w prymitywnym płciowym zlaniu się, jak u glonów. Antyentropijny proces wyzwala młodość - komórka po podziale lub dwie gamety po zjednoczeniu swych treści wchodzą w fazę szaleństwa dynamiki podziałowej i wzrostu.

        Termodynamiczne dziwy życia znalazły wreszcie wyjaśnienie. W wydanej w 1948 roku małej książeczce What is life? Schrodinger pisze, że życie po prostu pożera własną entropię i przy tym nawet "tyje", budując swe struktury. Proces połykania entropii można nazwać negentropią. Jeśli życie jest, według Schrodingera, termodynamicznym anarchistą, to czym może być człowiek ze swoim uporem, siłą woli, zdecydowaniem, wytrwałością, ambicją i paru innymi bezwzględnościami, tworzący układ o niebywałej wytrzymałości mobilizowanej psychicznie? Czy masowo "pożera" entropię z pasją fanatyka życia? Czy termodynamika odnosi się również do procesów świadomościowych, skoro są one sferą poznawczą, której żadna fizyka nie objęła badaniami? Czy należy objąć negentropią także budowanie podstaw psychicznych, a nie tylko biologicznych struktur? Termodynamika staje się zbyt daleka od fizyki i procesów energetycznych żywej materii. Trzeba powiedzieć nawet więcej - człowiek stanowi kres termodynamicznej anarchii wprowadzonej przez życie.

        Stanęliśmy jeszcze raz wobec zagadnienia energetyki życia, które musiało wypowiedzieć termodynamicznej śmierci walkę rozgrywaną w oryginalny sposób: przez ucieczkę przed entropijną kraksą w gamety, które przemycają antytermodynamiczny proces w materii ożywionej i utrzymują go w ciągu miliardów lat, poświęcając termodynamicznej śmierci tylko osobniczą somę. Udaje się to życiu w zupełności, a człowiek bierze całkiem świadomy udział w walce z entropią, wydając na świat swe potomstwo.

        Zbyt romantyczne to, by mogło być prawdziwe, chyba że termodynamiczne szalbierstwo życia przyjmie się za punkt wyjścia kwantowej termodynamiki, o której na razie fizycy nie mają pojęcia. A może udałoby się znaleźć inne wyjście z termodynamicznego impasu życia, a mówiąc bardziej humanistycznie z błogosławionej katastrofy entropijnej, dzięki której przecież istniejemy.

        Katastrofizm termodynamiczny stanie się widoczny, jeśli na żywy układ spojrzymy jak na materię w stanie podstawowym, będącym domeną specjalistów od materii - fizyków, oraz biegłych od "metabolizowania" - biochemików. A gdybyśmy spojrzeli inaczej i założyli, że masa żywa różni się od materii w stanie podstawowym, do którego przywykli fizycy, i że znajduje się w stanie wzbudzenia, znanym wprawdzie fizykom, ale tylko w niezwykle krótkich odcinkach czasu, rzędu 10 minus do potęgi 12 sekundy? I gdybyśmy założyli, że procesy chemiczne metabolizmu przebiegają nie in vitro, lecz właśnie w ośrodku wysokiego wzbudzenia, a tym samym wymagają znacznie niższej energii niż w laboratorium? A jeśli życie jest stanem wzbudzenia materii, który tylko jeden raz się dokonał w historii Ziemi? Przecież zarówno fizycy, jak i chemicy zgadzają się z biologami, że stan ów nie powstaje od nowa, lecz przechodzi na mocy genetycznego kodowania razem z życiem. Nikt nie przypuszcza, że kodowanie wyzwala z materii w stanie podstawowym fenomen życia. Genetyczne kodowanie jest najściślej zjednoczone z życiem.

        Z metastabilnego stanu wzbudzenia, utrzymującego się jako ciągłość życia, przechodzi materia w stan nierównowagi Maxwella-Boltzmanna w postaci skamieniałości, wypreparowanych szkieletów i zwłok naznaczonych piętnem śmierci. Teraz jest to rzeczywiście masa podlegająca kompetencjom fizyki. Natomiast analiza chemiczna wykaże skład tej masy, która wraca do naturalnego obiegu pierwiastków w przyrodzie. Ów wysoki skok do metastabilnego stanu wzbudzenia życie wykonało raz jeden i już go nie powtarza. Co więcej, przyrodzie udało się z metastabilności wzbudzenia uczynić stacjonarny stan, zwany pospolicie życiem, utrzymujący ciągłość przez miliardy lat. Fragmenty masy wypadające z tego stanu nazywają się wymarłymi gatunkami, skamieniałościami, szczątkami kopalnymi lub po prostu zwłokami. To sygnały działania entropii w systemie życia.

         Problem kryje się w tym, czy chemiczna kolebka odwracalnych reakcji może się tak długo kołysać, wysypując tylko inercyjną masę, której już nie da się do stanu życia przywrócić. Odpowiedź to nie tyle rzecz gustu, co rozeznania, a tego za wiele nie posiadamy. Bioelektronika uznaje chemiczną kolebkę odwracalnych reakcji, ale na elektronicznych biegunach, kołyszących się miarowym rytmem w rezonansie stymulującym materię do stanu wzbudzenia.

       Pytanie - czy to jedyny wypadek w przyrodzie? Czy na energetycznej osi Wszechświata nie może się sytuacja rozwijać inaczej? Może termodynamiczna śmierć jest tylko wymysłem badaczy? Czekajmy, aż definitywnie rozwiąże to zagadnienie przyszła termodynamika kwantowa. Tymczasem przyjąć trzeba, że życie obeszło trudność, choć niezupełnie.

        Człowieka interesuje wybrany epizod termodynamiczny odnoszący się, niestety, do jego masy biologicznej, którą chce zagarnąć entropia. Zadaniem człowieka jest nie dać się przedwcześnie wpędzić na śmietnik termodynamicznych odpadków. Trwanie życia mimo nieuchronnego odsiewu inercyjnej masy organizmów jest poznawczą pasją człowieka, naznaczoną indywidualnym przeznaczeniem, przeciwko któremu zawsze się buntował. Znowu należy traktować sprawę osobniczo w megawymiarach - jak ustawić się w zgodnym połażeniu do wielkiej energetycznej osi Wszechświata, by z tej energii czerpać moc potrzebną do maksymalnego przetrwania?

        A jeśli kiedyś problemy naukowe rozpatrywać się będzie odmiennie niż obecnie? Daleka droga wiodła do orzeczenia, że Homo jest mimo wszystko nie tylko sapiens, ale również electronicus w swoich kwantowych podstawach. Wiodła ona przez luźne fakty empiryczne o elektrycznych i magnetycznych właściwościach związków organicznych, następnie przez konieczność rozbudowy schematu biochemicznego i jego uzupełnienie bioelektronicznym wariantem, potem przez bioplazmę i jej dynamikę, do elektronicznego człowieka. A jeśli przyszli antropofizycy dzięki współpracy z archeologami i historykami wykażą korelacje między migracjami wielkich kultur ludzkości i wielkimi zmianami pola geomagnetycznego i geoelektrycznego i jeśli nałożą się trzy mapy - magnetyczna ziemska, tellurycznych prądów i wędrówki wielkich kultur ze wschodu na zachód, jak nakładają się wzajemnie na mapie siły Coriolisa, dryf kontynentów, migracja ośrodków wulkanicznych? A co będzie, jeśli na podstawie tych korelacji przyszli antropofizycy dojdą do wniosku, że prawidłowości te można wyjaśnić bioelektronicznymi właściwościami człowieka i budzeniem się świadomości elektromagnetycznej w jego naturze? Może Homo electronicus przyszłości narodzi się nie dzięki bioelektronice, lecz dzięki geofizyce i archeologii, badającym owe wielkie cykle migracyjne, nie dające się wyjaśnić bez przyjęcia założenia o elektronicznej konstrukcji człowieka? Bioplazma - uniwersalny nośnik informacji i źródło dynamiki organizmu - okaże się, być może, niezbędnym wyjaśnieniem wielkich cykli wędrówki myśli i kultury ludzkiej równoległych do cykli geomagnetycznych i prądów tellurycznych.

        Fantazja? U podstaw życia nie bywa się marzycielem. W kwantowej skrzynce biegów życia myśli się realnie i to w jednym wymiarze – egzystencji. Tutaj bowiem życie znalazło się o maleńki kwantowy krok od śmierci. Problemy rysują się tam ostrzej. Są przede wszystkim wyznacznikiem bycia. Kwantowa konstrukcja daje szerszy i głębszy ogląd. Niżej sięgnąć już nie można. Tam nie ma życia. Niżej zresztą nie ma już ani masy, ani energii. Jest nic.

       Ewolucyjna odwaga hominidów, aby dźwignąć mózg w spionizowanej postawie, była największym krokiem rozwojowym życia, którego wagi nie uświadomił sobie nawet człowiek współczesny - spadkobierca tego osiągnięcia. To było ułożenie osi własnego ciała, a więc wszelkiej jego anizotropii, równolegle do energetycznej osi Wszechświata. Ów genialny, choć nieświadomy, krok włączył naturę człowieka w energetykę Wszechświata.

       Człowiek dostrzegł zaledwie stożek rzeczywistości Wszechświata i wypełnił go swą myślą, poznaniem, zainteresowaniem, niepokojem. Wszechświatowi jest obojętny wszelki stożek czy jakakolwiek inna bryła geometryczna. Wszystko w nim ma sens, jeśli jest podmiot poznający jego konstrukcję. Z całej biosfery jeden człowiek, wyczuwając ssące działanie energetycznej osi Wszechświata, wystrzelił w jej kierunku głową, w szalonym piruecie omiótł horyzont, rozłożył ramiona - zakreślił stożek Wszechświata. Linie rzeczywistości świata przecinają się od tamtej pory tylko w nim, przez niego i wyłącznie dla niego.

       Homo cosmicus, raz jeden znalazłszy się na energetycznej osi Wszechświata, na niej penetrować musi własną naturę, gdyż oś Wszechświata przechodzi przez niego. Człowiek jest po prostu jej częścią niewyobrażalnie małą, lecz ważną - bo świadomą.
Zaiste, Homo cosmicus.

 
  
          Biografia:
Ks. prof. dr hab. Włodzimierz Sedlak urodził się w ubogiej, wielodzietnej, górniczej rodzinie w Sielcu – obecnej dzielnicy Sosnowca. W poszukiwaniu pracy jego rodzina przeniosła się w 1919 do Suchedniowa, a następnie w 1920 do Skarżyska–Kamiennej. Po uzyskaniu matury w 1930 w gimnazjum matematyczno – przyrodniczym w Skarżysku–Kam. wstąpił do Seminarium Duchownego w Sandomierzu, gdzie w 1935 otrzymał święcenia kapłańskie.
Jako ksiądz podjął pracę prefekta w Ćmielowie (1935-1939), a następnie w Siennie (1939-1948), gdzie podczas wojny prowadził tajne nauczanie. Po II wojnie światowej, dzięki jego staraniom, w Siennie powstały Szkoła Rzemiosł i istniejące do dzisiaj Liceum Ogólnokształcące, które od 1992 roku nosi imię swego założyciela.
W 1946 ks. Włodzimierz Sedlak podjął studia na Wydziale Matematyczno-Przyrodniczym Uniwersytetu im. Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie gdzie uzyskał w 1946 dyplom magistra z antropologii, a w 1950 z pedagogiki. W 1951 otrzymał na UMCS stopień doktora za rozprawę "Zmienność organizmu jako podstawa biologiczna wychowania".
W 1952 przeniósł się do Radomia, a w 1960 rozpoczął pracę na Wydziale Filozofii Chrześcijańskiej Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. W 1966 uzyskał stopień doktora habilitowanego z biologii teoretycznej za rozprawę "Możliwość odtworzenia początków ewolucji organicznej na podstawie komponenta krzemowego", a następnie objął kierownictwo utworzonej, decyzją Rady Wydziału, Katedry Biologii Teoretycznej. W roku 1974 został profesorem nadzwyczajnym, a w 1980 roku profesorem zwyczajnym. Zmarł w Radomiu 17 lutego 1993.
 
 

Działalność naukowa Profesora
Włodzimierz Sedlak był naukowcem, którego działalność obejmowała wiele różnych dyscyplin: bioelektronikę (której jest jednym z twórców), archeologię, geologię, paleontologię, paleobiochemię, paleobiofizykę i inne.
Do najważniejszych sformułowanych przez niego teorii należą:
·                    koncepcje powstania życia przy istotnym udziale związków krzemu
·                    koncepcja bioplazmy
·                    koncepcja elektromagnetycznej natury życia
Działalność badawczą rozpoczął tuż po ukończeniu studiów w latach 50. od uczestnictwa w badaniach starożytnego hutnictwa w Górach Świętokrzyskich, gdzie w 1957 odnalazł piryt na Łysej Górze, a w 1959 – łupki żelaza ze starożytnego wytopu oraz opracował rekonstrukcję wytopu żelaza w dymarce. Podczas dalszych badań odkrył fyllit, a w warstwach kwarcytowych kambryjską faunę Corallicyathida. Na podstawie wyników badań w 1959 opublikował hipotezę na temat krzemowych początków życia.
W roku 1967 rozpoczął pracę nad bioelektroniką, według której reakcje chemiczne i procesy elektroniczne w organicznych półprzewodnikach są związane zależnościami kwantowo-mechanicznymi i stał się jednym z jej prekursorów na świecie. W 1967 opublikował też pracę, w której pojawiła się wzmianka o możliwości istnienia bioplazmy – piątego stanu materii obecnego jedynie w organizmach żywych. W 1969 sformułował koncepcję elektromagnetycznej teorii życia mówiącą, iż wszystkie procesy życiowe zachodzą na poziomie kwantowym dzięki sprzężeniom reakcji chemicznych z procesami elektronicznymi w środowisku półprzewodnikowym takim jakim są białka i przejawiają się emisją światła lub fal elektromagnetycznych i fononów.
 
 

Twórczość
Włodzimierz Sedlak był autorem książek oraz ponad 250 rozpraw i artykułów oraz scenariusza do filmu pod tytułem "Krzem – pierwiastek młodości". Najważniejsze pozycje jego twórczości to:
Książki naukowe
1.                 Rola krzemu w ewolucji biochemicznej życia, 1967
2.                 Bioelektronika 1967-1977, 1979
3.                 Postępy fizyki życia, 1984
4.                 Kierunek – początek życia. Narodziny paleobiochemii krzemu, 1985
5.                 Wprowadzenie w bioelektronikę, 1988
Książki popularnonaukowe
1.                 U źródeł nowej nauki. Paleobiochemia, 1973
2.                 Bioelektronika – środowisko – człowiek, 1980
3.                 Homo electronicus, 1980, 1994
4.                 Na początku było jednak światło, 1986
Książki autobiograficzne
1.                 Życie jest światłem, 1985
2.                 W pogoni za nieznanym, 1990
3.                 Człowiek i Góry Świętokrzyskie, 1993
4.                 Listy do Matki, 1997
5.                 Boży kram, 1998
6.                 Pamiętnik I. Antek z Ćmielowa, 1999
7.                 Pamiętnik II. Uciekaj do dziury, 2001
8.                 Pamiętnik III. Nie dla głupich, 2003
9.                 Pamiętnik IV. Ziemia Święta i nie tylko..., 2004
Inne pozycje książkowe
1.                 Wykłady o bioelektronice, 1987
2.                 Inną drogą, 1988
3.                 Technologia Ewangelii, 1989
4.                 Teologia światła, czyli sięganie nieskończoności, 1997

 

 


Bibliografia opracowania:
     Sedlak W.: Homo elektronicus. Warszawa 1980
     Sedlak W.: Postępy fizyki życia. Warszawa 1984
     Sedlak W.: Teologia Światła czyli sięganie Nieskończoności. Radom 1997.
     Sedlak W.: Życie jest światłem. Warszawa 1985.
       http://pl.wikipedia.org/wiki/W%C5%82odzimierz_Sedlak 
     http://www.sm.fki.pl/Sedlak/x_sedlak.php?nr=13 

 


Optymista mówi "dopiero", pesymista, że już godzina:  
   
Pomóż proszę, kliknij...  
 
 
Wirtualny spacer po WSBiP... (kliknij)  
  ...poznaj albo powspominaj...  
Skutecznie pomagają innym. Możesz dołączyć  
  ***SZUKASZ POMOCY?

logo Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka
***A może Ty chcesz też pomagać? Organizacja Pozarządowa- STOWARZYSZENIE PROREW




Woluntariat Studencki "PROJEKTOR"

 
eko  
 

Koniczynka.org

...
Licznik odwiedzin
od 10 stycznia 2008 roku
               Licznik
.
 
___Sylwester Scisłowicz Kielce